Sierpniowe Isle Of Wight na rowerze

Od razu na wstępie napiszę, że sierpień roku Pańskiego 2012… mało tego, sierpień to on był ale tylko z nazwy bo klimatem przypominał wczesny marzec lub raczej późny listopad. Ale nie narzekajmy – w końcu Anglia, choć południowa do granic jej możliwości ale zawsze Anglia.

I tak oto za namową szanownego kolegi Babu, który to był gościem tej sławnej wysepki już wielokrotnie pojechaliśmy na 2 (słownie: dwa) dni zobaczyć czymże takim specjalnym urzeka. Dzieląc rekomendacje Babu na pół postanawiamy zostawić dzieci z babcią a w zamian zabrać ze sobą rowery – całkiem przyjemna wymiana jak mam być szczery – bo ponoć jest to wyspa przyjazna rowerzystom. Czar prysł już na początku kiedy wstając rano okazało się, że za oknem pochmurno i deszczowo. Morale drużyny spadły do zera jak okazało się, że Roxi ma zapalenie ucha i spuchła tak, że ciężko było kask dopiąć a do tego usztywniło jej kark o bólu nie wspominając.

dsc_3559

Droga prosta i szybka więc opisywał nie będę. Na koniec czeka nas przeprawa promem takim jak wyżej na zdjęciu. Pełni nadziei – twardym trza być nie mientkim – docieramy do noclegowni B&B zaklepanej już wcześniej. A tu niespodzianka :) przestało padać. Rozkładamy rowerki – przy okazji muszę napisać, że mój Pikuś pomieścił dwa rowery ze zdjętymi przednimi kółkami, postawione w pionie (znaczy w pozycji jak do jazdy) i to bez problemu tak, że jeszcze miejsca zostało; po co ja kupiłem bagażnik na klapę?

dsc_3541

Plan był taki, że go w ogóle nie było :) czyli idziemy do pani w recepcji i pytamy gdzie tu se można na rowerze pojeździć. Dostajemy mapkę z zakreślonymi szlakami rowerowymi i generalnie jest to 100% tego co potrzebujemy – w sumie na 1 dzień jazdy i 1 dzień łażenia jest git. Jak się szybko okazało nasz B&B jest o rzut kamieniem od magicznej furtki prowadzącej na ścieżkę. Nasz uśmiech zniknął szybciej niż wystartowaliśmy bo po wyjechaniu z parkingu w odpowiednim kierunku furtka ta była nie do odnalezienia – chyba faktycznie magiczna a mapka cholernie niedokładna i praktycznie bezużyteczna.

dsc_3542

Tubylcy nie za bardzo wiedzieli jak nam pomóc i kierowali nas 3km dalej bo tam to chyba kiedyś przed wojną widziałam znaczek ścieżki rowerowej. Lepszy taki ślad niż żaden więc jedziemy. Na szczęście okazało się, że starsza pani pamięć ma dobrą i już po chwili odnajdujemy znaczek informujący nas o trasie dla rowerów.

dsc_3551

Jedziemy, jedziemy, jedziemy… i jedna myśl przychodzi mi do głowy – co za kretyn wyasfaltował ścieżkę szerokości metr i pińć centymetrów w lesie i na polach? Jaki sens był jechać na łono przyrody żeby poruszać się po asfaltowej ścieżce?

dsc_3553

Wyruszyliśmy z Shanklin niedaleko cmentarza w stronę Alverstone aż do Blackwater – w tym momencie mamy za sobą ok. 15km trasy. Następnie przez Shide do Newport czyli ok. 18km od startu. Po chwili odpoczynku kierujemy się wzdłuż zbiornika wodnego do miasteczka Cowes – bardzo sympatyczne miasteczko. Wyjścia nie ma więc wracamy tą samą drogą do Newport a na liczniku mamy już ok. 37km. I tu nastąpił przełom bo brzuszki nasze zaczęły domagać się uzupełnienia energii. Muszę się przyznać, że pizza z Pizza Hut nie jest najlepszym pomysłem podczas pedałowania.

dsc_3535

Z ciężkim brzuchem startujemy i jedziemy przez Binfield aż do Fishbourne. Na GPS’ie 49km a miasteczko Fishbourne bardzo przyjemne. W tym mniej więcej momencie zorientowaliśmy się, że czas zaczyna nas gonić a słonko na niebie powoli kieruje się na drzemkę. Rozleniwieni szumem fal i wciągającą ławeczką przy morzu ruszamy dalej tym razem kierując się w stronę Ryde.

dsc_3564

W Ryde mamy już za sobą 53km a mrok zaczyna coraz bardziej mobilizować do pedałowania. I w tym momencie stało się to co tygryski lubią najbardziej tj. pykło mi pod kolanem i nóżka przestała być w pełni użyteczna – i tak sporo wytrzymała. Roxi połknęła już pół paczki Ibuprofenu a co ciekawe im dłużej jechała tym lepiej się czuła.

dsc_3568

Szybciutko udaliśmy się wzdłuż morza do Seaview a następnie przez Nettlestone do St. Helens. Zaczyna padać troszkę bardziej niż normalnie – w sumie to cała trasa była dość morka i deszczowa. Na szczęście przezornie uzbroiłem rowerki w oświetlenie a na siebie włożyliśmy odblaskowe kurtałki więc byliśmy dość dobrze widoczni. Z St. Helens tuż koło lotniska Bembridge dojechaliśmy do Sandown a potem do domku B&B. W sumie zrobiliśmy ok. 74km. Do B&B dotarliśmy o godzinie 22! tak tak… i już piszę dlaczego.

dsc_3422

Otóż ta wysepka przyjazna rowerzystom jest tak beznadziejnie oznakowana, że czegoś takiego nie widziałem nawet wracając w nocy po pijaku przez nieznany las :)

Praktycznie na każdym rozjeździe – a było ich trochę – musieliśmy z buta szukać początku dalszej trasy i w cale nie byliśmy na 100% pewni czy dobrze skręciliśmy. W niektórych miejscach brak oznakowania był tak upierdliwy, że trzeba było na chybił-trafił decydować gdzie jechać i zazwyczaj było to chybił. Co prawda dzięki temu udało nam się odnaleźć bardzo ładny kościół schowany pośrodku lasu i zobaczyć kilka pięknych domków.

dsc_3428

Jakby tego było mało – ot złośliwość rzeczy martwych – bateria w moim telefonie zdechła tuż pod samym domem a do tego łapaliśmy nadajniki z Francji i nie mogliśmy się połączyć z internetem. Po co wam internet – zapytacie? A po to, że w całej tej zawierusze nie spisaliśmy adresu B&B i mieliśmy tylko klucz do pokoju z wygrawerowaną nazwą hotelu. Znaleźliśmy się w nocy w deszczu w małym, nieznanym miasteczku we wschodniej części Isle Of Wight :)

Cudem dosłownie znaleźliśmy nasz B&B. Byliśmy już tak zdesperowani i zmęczeni, że mieliśmy zapukać do pierwszego lepszego domu i poprosić o użyczenie internetu.

dsc_3454

Na szczęście udało się i zmęczeni aczkolwiek szczęśliwi dotarliśmy do wanny pełnej gorącej wody z pianką. Sen przyszedł bardzo szybko – co nie było zaskoczeniem.

Gdybym tylko wiedział, że ktoś wspaniałomyślnie wyasfaltuje mi ścieżki w lesie to założyłbym szosowe oponki a nie mordował się na moich 2,6″ Gazzaloddi z wagą ok. 1,4kg każda :|

Rano – deszcz – dlaczego mnie to nie dziwi? Postanowiliśmy zwiedzić wyspę siedząc wewnątrz kabiny samochodu. Udaliśmy się na drugi, zachodni koniec wyspy do The Needles Park zachęceni klifami i możliwością łazikowania. Już na miejscu okazało się, że oprócz łazikowania można za odpowiednią opłatą przepłynąć kawałek wzdłuż klifów i usłyszeć kilka słów na temat w/w.

dsc_3316

Mgła i deszczyk nie zniechęciły nas – nawet ciepło było więc może dlatego – i skorzystaliśmy z łodziowej oferty. Już w trakcie okazało się, że bujanie jest mniej uciążliwe niż myśleliśmy na początku więc rozkoszowaliśmy się widokami klifów od strony morza – a jest na co popatrzeć.

dsc_3374

dsc_3378

Koło południa pojawiło się słonko i zrobiło się naprawdę ciepło. Zachęciło nas to do zwiedzenia tej części wyspy. Poszliśmy z buta na szczyt tego klifu co 2 fotki wyżej. Na górze okazało się, że tam coś jest – oprócz widoków rzecz jasna. Na samym szczycie znajduje się bowiem pozostałość po bazie, w której testowano brytyjskie rakiety nośne Black Arrow. Można było nawet porozmawiać ze starszym panem, technikiem pracującym przy testach. Niestety całość jest dość mocno zniszczona a szkoda bo jest to na pewno kawałek historii warty zapamiętania. W sumie to nawet nie wiem dlaczego porzucono to miejsce.

dsc_3443

O ile dobrze pamiętam to zbudowano 5 takich rakiet. 4 z nich wystrzelono – 3 z kiepskim rezultatem, a 4 wyniosła na orbitę satelitę Prospero. Satelita ta ponoć już nie używana niemniej jednak nadal nadaje i można odbierać z niej jakieś tam informacje. Piątą nie wystrzeloną można zobaczyć w londyńskim Science Museum.

dsc_3457

dsc_3459

dsc_3499

dsc_3498

dsc_3482

… a potem to już tylko powrót do domku :)

To get the latest update of me and my works

>> <<